Badwater 2014

Dwa słowa od każdego z nas, a resztę dopełnią z czasem zdjęcia, film, opowiastki oraz bieżące anegdoty.

Jakub Górajek:

Wspaniała przygoda! To zaszczyt być w zespole, który wspiera Darka Strychalskiego w najcięższym ultramaratonie na świecie. Darek jest ucieleśnieniem słów, że warto wierzyć i realizować swoje największe marzenia. Krew, łzy, paląca temperatura, brak snu i walka z czasem przestają mieć znaczenie gdy wspierasz niepełnosprawnego sportowca, który mierzy się ze zdrowymi biegaczami. Chylę czoła przed moimi partnerami z ekipy wspierającej ! Chłopaki – Darek nie mógł wymarzyć sobie lepszego zespołu, jesteście równie wielcy. Wszyscy zrobiliśmy kawał dobrej roboty. Jesteście gotowi na kolejne wyzwania?:)
Dziękuje!

Kamil Kuchta:

Words cannot express the way I feel (…) Są w życiu człowieka chwile które pozostają w pamięci do końca życia. W mojej pamięci pozostanie chwila w której Filip czyta Darkowi wiadomości od internautow tak głośno i tak dobitnie, że musiał wstać i biec dalej. Pobiegł dla innych, nie dla poklasku i zaszczytów. Darek emanuje tak pozytywną energią, że nawet po 45 godzinach morderczej walki patrzysz na niego i wiesz, że teraz już wszystko będzie dobrze. Darku, jesteś wielki. Chłopaki jesteście wspaniali. Zawsze i wszędzie możecie na mnie liczyć. Dziękuje, że mogłem być z wami !!!

Filip Bojko:

Pobocze w Keeler, 34 godzina w trasie, ok. W nogach naszego ultrasa jakieś 180 km. Potężny kryzys, nieprzytomny śpi w samochodzie z włączoną klimatyzacją. Czuwa przy nim Kamil – kierowca naszej eskapady. We trójkę z Kubą i Mikim siedzimy obok na piachu i zastanawiamy się co dalej. Przed chwilą przy próbie wyjścia z auta ugięły się pod nim nogi potem kolejne wymioty. W sumie to była już trzecia sesja. Po prostu zwłoki… Decyzja jest jednogłośna, jeśli do 2h jego stan się nie poprawi to kończymy zabawę, wieziemy go do Lone Pine i podłączamy pod kroplówę. Nasz ultrauparciuch sam sie doigrał. Ok 20 dostaje przymusową porcje paliwa wszelkiej maści, pół godziny później zaczyna iść, trochę go zawiewa ale daje radę. Wiadomo, że tu już nie będzie mowy o żadnym bieganiu. Zostało 40 km do mety, które trzeba wyczłapać. Skubany wyczłapał. Moc charakteru, pasja i wytrwałość wprost niespotykana. Jednocześnie też upór o podobnym nasileniu, który go prawie wykoleił. Szczęśliwie spacyfikowany i uświadomiony obiecuje poprawę. To wspaniały gość, który jak każdy z nas ma nad czym pracować. Piękny czas, fantastyczni ludzie, szczęśliwy finał. W takim składzie można położyć niejeden system. Poleciało kilka kurew, były łzy wzruszenia, śmiechu kupa – było dobrze. Czuję szczęście i spełnienie po naszej wspólnej walce. Darek to W I E L K I człowiek, który daje innym więcej niż sam dostał w życiu.

Mikołaj Kowalski-Barysznikow:

Ten bieg wycisnął ze mnie łzy. Kiedy po wielu godzinach wspinaczki pod Mt.Whitney, tuż pod jej szczytem w końcu ujrzeliśmy metę, rozkleiłem się na amen. Mogłem tylko maszerować, patrzeć z dumą na Darka i chlipać ze wzruszenia. Albowiem dopiero tam, na jednej z najwyższych gór USA, doszło do mnie, czego dokonał ten skromny chłopak z Łap. Swoją pasją, szczerością i dobrocią sprawił, że skumulowała się wokół niego jakaś nieprawdopodobna energia – i to ona sprawiła, że zostawił za sobą nie tylko 217 kilometrów nieludzko ciężkiej trasy, ale i dwa kryzysy, z których każdy dla większości z nas oznaczałby koniec wszystkiego. Jednak on okazał się Zwycięzcą nie z przydomku, a z krwi i kości – roztrzaskał Badwater w typowym dla siebie niepozornym stylu, czym zapewnił sobie wejście do grona najtwardszych ludzi na świecie. Gdy patrzyłem na niego na trasie, jak upada a zaraz potem się podnosi, byłem dumny, że mam obok siebie kogoś takiego, kogo na dodatek mogę nazywać swoim Przyjacielem. Na Badwater Darek podbił serca dosłownie wszystkich, od organizatorów, przez kibiców, po ekipy wspierające – najlepszym dowodem na to była owacja jaką zebrał podczas uroczystości wręczenia medali – oklaskom nie było końca, a my – jego ekipa wspierająca – poczuliśmy się wówczas jak strażnicy najcenniejszego skarbu na świecie. A skoro jesteśmy już przy ekipie, nie mogę nie wspomnieć o ludziach, z którymi przyszło mi wspierać na trasie naszego Zwycięzcę. Filip, Kuba i Kamil to była ekipa doskonała – wspaniale się uzupełniająca, uczciwa i pracowita jak cholera. Każdy z nas miał swoje zadania, jednak cel działań każdego z nas był jeden – Darek, nasz Zwycięzca!

Darek Strychalski:

Pierwszy potężny kryzys dopadł mnie na Cerro Gordo, lecz udało mi się go pokonać dzięki Mikołajowi, który dźwignął mnie w tym bardzo trudnym momencie. Jednak najgorsze nastąpiło 40 km przed metą. Nie miałem siły, nogi były jak z waty, głowa ciężka jak z betonu, nie kontrolowałem własnego ciała. Organizm potrzebował pożywienia, ale głowa strajkowała i nie pozwalała mi nic przełknąć. Gdyby nie Filip, który wmusił we mnie żarcie siłą łyżki i gęsiego dobijaka (mimo mojego oporu), nie ruszyłbym już z miejsca i – tak jak 2 lata temu – nie ukończyłbym Badwater. Łykając każdy kęs myślałem o setkach przyjaciół i znajomych, którzy trzymali za mnie w tamtej chwili kciuki i dopingowali nawet pomimo tego, że w Polsce była akurat noc. Dzięki nim odzyskałem siły, co przydało się szczególnie na ostatnim podejściu pod Mt. Whitney. Pomógł też Mikołaj wrzeszczący na mnie cały czas: „Darek, ruchy, przyjechałeś tu biegać czy na spacer po parku?! Do roboty!”. Na nieludzkim zmęczeniu te słowa dawały prawdziwego kopa.
Jednak moja Ekipa to nie tylko Filip i Mikołaj. To również Kuba i Kamil, którzy tak samo mocno dodawali mi siły. Mój sukces w Badwater nie byłby możliwy, gdyby nie to, że Kamil przynajmniej sto razy zapalał i gasił silnik naszego vana, ruszał z miejsca, po czym czekał na mnie po niemalże każdej ze 135 przebiegniętych mil. W tym samym czasie Kuba, nie dość, że w pocie czoła rejestrował materiał do filmu z biegu, to jeszcze wspomagał mnie w kryzysach, podawał wodę i dbał, żebym się nie wyziębił.