Dzień 1

Po kilku dniach znaleźliśmy się w końcu w trasie. Kierunek właściwy czyli – na południe. Ultra Darek bardzo zadowolony !

Przed północą zarzuciliśmy dalszą jazdę, ze względu na mgłę i zmęczenie. Zatrzymaliśmy się na poboczu w okolicach Big Sur. Szybka kolacja przy blasku lamp naszego auta dalej w śpiwory i w kimono. Spanie w samochodzie ma wiele zalet np. w przeciwieństwie do namiotu nie trzeba go rano składać przed dalszą drogą.

Pobudka 0 5:30. Owsianka z oliwą i orzechami, kawa. Straszne ćwoki z nas bo kupiliśmy sobie bezkofeinową…

Szybkie przegrupowanie całego naszego mandżuru, mycie kłów i przed siebie.

Kilkadziesiąt mil przed Santa Barbara zrobiliśmy sobie krótki postój. Miał być na kawę… skończyło się na kubku wody kokosowej.

Nagle Darek jak jakiś duch zjawił się przede mną przebrany w swój biegowy strój i rzucił :
– Za godzinkę wracam.

Wrócił tak jak obiecał. Z tą różnicą, że w dziesięć razy lepszym humorze niż wybiegając. Pierwszy trening trzaśnięty czyli spokojna dyszka na przetarcie. Temperatura z każdym kilometrem na południe rośnie, z tego faktu Darek jest bardzo zadowolony ponieważ Gapa zapomniał z domu zabrać długich spodni.

Jesteśmy w Santa Barbara, bywa tu zjawiskowo.

Całą drogę gra nam Neil Young. Tu się po prostu nie da niczego innego słuchać !