Ultragąska, pieskomandos, grzechotniki i sadzone

Spacerując po mieście napatoczyliśmy się na takiego oto delikwenta na światłach. Przez moment pomyślałem, że to może mój pieskomandos pozazdrościł nam wypadu… Zaiste był to pieskomandos tylko z innego rozdania.

Nasza mieścina jest urocza, brakuje jedynie Agenta Coopera i reszty porypańców.

Puściliśmy się w teren z Darem żeby obadać ostatni fragment trasy czyli kilkunastomilowy podbieg z Lone Pine na Mt. Whitney, a przy okazji na poszukiwanie grzechotników, ponoć jest ich tu sporo.

Podbieg iście syty, aż mnie łydy zapiekły na samą myśl, że trzeba to będzie biec z jakimiś 190 kaemami w nogach…. Co do naszych upragnionych grzechotek niestety znowu bez skutku. W ramach odreagowania trochę potruchtaliśmy.
Od dzisiaj ładuję w Ultra Darka węglowodany w ramach zasady „ile wlezie”. Trochę się chłop ociąga zgrywając „Tadka-Niejadka” i próbuje kombinować bo w takim upale ciężko mu wchodzą. Ku jego zmartwieniu nie ma tu miejsca na pieszczoty ani na żadną taryfę ulgową. Utuczę na cacy naszą Ultra Gąskę choćby nawet trzeba było siłą. Mam na to upoważnienie na papierze od Pani Zofii. Ha !

Jutro rano kawa na miejscu, a na wspomniane sadzone do Death Valley.